Glossa do kwestii samo-świadomości

Nie mogę przejść obojętnie obok kwestii (boskiej) świadomości czy samoświadomości Jezusa – bo tu chyba najdobitniej ujawnia się centrum problem hermeneutycznego.

Otóż wydaje mi się, że część przynajmniej badaczy zajmujących się Jezusem historycznym, po cichu mówi w istocie coś takiego: chrześcijaństwo, z jego chrystocentryczną soteriologią i twierdzeniem o boskości Jezusa, mogłoby być uznane za uprawnioną kontynuację i rozwinięcie tradycji samego Jezusa tylko i wyłącznie wtedy, gdyby w zrekonstruowanej metodami nauk historycznych samoświadomości Jezusa znalazło się niezbite potwierdzenie tego, że rozumiał on własną tożsamość tak, jak potem przedstawiło to ortodoksyjne chrześcijaństwo.

Powtarzam – takie jest moje wrażenie. Może nikt tak nie myśli, więc może i ten post jest bezcelowy.

Jeśli jednak moja intuicja jest słuszna, to trzeba przede wszystkim zwrócić uwagę na jedną rzecz: taka rekonstrukcja (samo-)świadomości w ogóle nie wydaje się możliwa za pomocą “czystej” metody historycznej. I to nawet gdyby źródła były bogatsze, i w lepszym stanie, niż są. Miast rekonstrukcji pojawia się niebezpieczeństwo projekcji – przestrogi Schweitzera pozostają jak najbardziej aktualne.

Warto zwrócić uwagę, że same źródła najwyraźniej nie ukrywają tego, że ich obraz tożsamości Jezusa nie pochodzi wyłącznie od niego – wspomnijmy choćby obecne w ewangeliach stwierdzenia, że uczniowie “przypomnieli sobie” coś po zmartwychwstaniu.

 

I jeszcze jedno: paradoksalnie, z punktu widzenia ortodoksyjnego chrześcijaństwa (chrystologia Chalcedonu), w ludzkiej świadomości przedpaschalnego Jezusa wcale nie musiał się pojawić komunikat “jestem Bogiem”. Może warto – dla mniej zorientowanych w chrystologii – nieco sprawę wyjaśnić. Otóż sformułowana w V wieku, na Soborze Chalcedońskim formuła hermeneutyczna, mająca rozjaśniać “ontologiczną” konstytucję Jezusa broniła między innymi integralności człowieczeństwa Jezusa: to nie był człowiek z boskim umysłem, nie mogło być mowy o żadnym zmieszaniu się boskości i człowieczeństwa. Ergo: ludzka świadomość i w ogóle psychika Jezusa rozwijała się  zgodnie z prawami, które dotyczą każdego homo sapiens. Z punktu widzenia “dojrzałego” dogmatu, wręcz należałoby oczekiwać u Jezusa świadomości “synowskiej” (to Syn stał się człowiekiem), a nie “boskiej” (tej oczekiwalibyśmy przy wcieleniu Ojca).

 

Ortodoksja chrześcijańska nie ma zatem problemu ze stwierdzeniem, że ludzka świadomość Jezusa kształtowała się na przecięciu tego, co było dziedzictwem kultury i teologii tamtych czasów – i co możemy jakoś rekonstruować metodami historycznymi – oraz jego indywidualnego doświadczenia wiary, geniuszu itd. – i tu już dostęp mamy skrajnie ograniczony. Jednocześnie wracamy też do centralnego punktu hermeneutycznego – jeśli Bóg jest i komunikuje się z człowiekiem, to nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać tę komunikację za źródło determinujące samo-świadomość Jezusa (jak zdają się twierdzić źródła, i jak wg nich zdaje się myślał sam Jezus), ale też rozwijające rozumienie jego tożsamości w następnych pokoleniach chrześcijan. Zaś jeśli Boga nie ma, to braknie oczywiście racji takiej ciągłości. Ale też i – moim zdaniem – racji, by się w ogóle zajmować Jezusem. Bo to by oznaczało, że on mylił się co do podstawowej jednak kwestii…

 

 

Komentarze

Przeglądasz debatę akademicką. Aby zobaczyć komentarze, przejdź do dyskusji nad tekstem.